Astrologia a prawdopodobieństwo
O prawdopodobieństwie i różnych szkołach tego pojęcia. Wyzwanie, jakie postawiła rozumieniu prawdopodobieństwa fizyka kwantowa. Jak to się ma do astrologii, zwłaszcza harmonicznej?
Co to jest prawdopodobieństwo? Już na początku mojej edukacji natrafiałem na ten tajemniczy termin, i podobnie na drugi tajemniczy: informacja, i próbowałem jakoś go oswoić. Na studiach nie miałem systematycznego kursu prawdopodobieństwa; zresztą w tamtych odległych czasach programy studiów były niespójne i (mam wrażenie, że) były składanką „koników” poszczególnych wykładowców, jednych dobrych, drugich udających że coś wiedzą. Do dziś pozostał mi poznawczy niedosyt.
Ale po kolei. O prawdopodobieństwie mowa zaczyna się od tego, że coś jest bardziej prawdopodobne lub mniej prawdopodobne. W tym „mniej lub bardziej” jest zawarte oczekiwanie, że potrafimy to „bardziej” określić w liczbach. Faktycznie, mówimy też, że coś, pewne zdarzenie, ma prawdopodobieństwo np. 90% (lub, ściślej, 0.9). Czyli jest bardzo prawdopodobne. Oczywiście zero oznacza, że coś się nie wydarzy, a jeden, że się wydarzy na pewno. A więc prawdopodobieństwo jest czymś, co się (jakoś) mierzy, wyznacza w liczbach.
Ale jak je mierzyć? Tu są dwie szkoły. Jedna każe liczyć ile razy coś się wydarzyło (np. urodziły się bliźnięta) na tle szerszej grupy czy zbioru wydarzeń. Czyli, tutaj, na tle wszystkich narodzeń. Wikipedia podpowiada, że „U człowieka ciąża bliźniacza w przybliżeniu przypada raz na 80 porodów” – więc łatwo obliczamy, że prawdopodobieństwo urodzenia bliźniąt równe jest 0.0125.
Druga szkoła każe zacząć nie od doświadczenia (lub obserwacji), ale od przemyślenia, od „ratio”. Jeśli rzucam kulką do pudełka, które zawiera 100 równych przegródek, z czego 20 pomalowanych na żółto, a 80 na czarno, to narzuca się wniosek, że tych „czarnych” rzutów będzie 80%, więc ich prawdopodobieństwo równa się 0.8.
Pierwsza szkoła nie zawsze da się zastosować, ponieważ wymaga zliczania długich serii wydarzeń, które wymagają długiego czasu „chodzenia”, a w tym długim czasie zmienią się warunki. Np. aparatura pomiarowa się rozreguluje. Niektórzy uważają, że eksperymenty z długimi seriami nigdy się udają – że z założenia są zawodne. Druga szkoła (nazwana „Bayesowską”) ma zaś tę wadę, że jest czystą teorią, którą nie zawsze da się przenieść do realnego świata. Ale z jakimś rozsądnym przybliżeniem (przecież nauka o prawdopodobieństwie z zasady mówi o rzeczach przybliżonych) obie szkoły działają i zyskują sukcesy w objaśnianiu świata.
Ale tak dobrze było do czasu. Dokładniej, do roku 1926 (za rok stulecie), kiedy najpierw Erwin Schrödinger odkrył równanie definiujące funkcję falową, a potem Max Born rzucił pomysł, iż owa funkcja falowa ma sens amplitudy prawdopodobieństwa. Więc kiedy już wydawało się, że pojęcie prawdopodobieństwa zostało oswojone, przyszła mechanika kwantowa i „zabełtała błękit w głowach”. Z kwantowej wizji wynikało, że prawdopodobieństwo (czegoś, pewnego zjawiska) rozchodzi się w przestrzeni i czasie jako fala i to fala mająca wartości zespolone, x + i*y. Lub kilka takich wartości w pakiecie. Od razu powstał, właściwie rozpalił się spór nie zakończony do dzisiaj: spór o to, czy funkcje falowe (więc i fale prawdopodobieństwa) są miara naszej (ale czyjej?) wiedzy lub niewiedzy o danym zjawisku – ten pogląd nazwano „szkołą kopenhaską” – czy są czymś więcej, czymś ontologicznym, więc częścią lub aspektem obiektywnej rzeczywistości? Różnica taka, że według kopanhasczyków funkcję falową tylko sobie przy pomocy matematyki wyobrażamy, a według antykopenhasczyków ona, ta funkcja, lub raczej ich niezliczony rój, jest. Najbardziej znanym antykopenhasczykiem jest sir Roger Penrose.
Spór o realność funkcji falowej dotarł do ezoteryki, bo jeśli ma rację kopenhaga, to przecież zawsze jest ktoś (musi być ktoś!), kto funkcję falową sobie wyobraża. Funkcja falowa istnieje, owszem, ale w jego umyśle. A przecież f.f. to nie igraszka, gdyż określa ona podstawowe właściwości składników materii. Co będzie jeśli „ktoś” zacznie sobie f.f. wyobrażać inaczej? Czy od tego zmieni się świat? Czy więc można sterować światem sama gołą myślą? Dyspozycją umysłu? Niektórzy w to wierzą i nawet nie musieli się na ten pogląd nawracać, bo spontanicznie byli o tym przekonani chyba od urodzenia.
Jaki to ma związek z astrologią? W astrologii mówimy, że pewne układy planet bardziej lub mniej sprzyjają pewnym cechom urodzonego, lub sprzyjają cechom przeciwnym. Jowisz na ascendencie wybitnie sprzyja ekstrawersji. Słońce w pobliżu 18° Wagi sprzyja posiadaniu silnych przekonań i głoszeniu ich. (Tak miał, prócz wielu innych znanych, Charles Kirk.) Księżyc w Rybach nie sprzyja elegancji ani dobremu smakowi. Itd.
Sprzyjanie bądź niesprzyjanie należy do języka prawdopodobieństwa. Obserwujemy coś, pewne „A” (tutaj: położenia planet) i z nich wnioskujemy o czymś innym, o jakimś „B” (o cechach osób urodzonych przy tych pozycjach planet). Przy prawdopodobieństwie było tak, że mieliśmy pewne zjawisko i jako drugą „rzecz” oczekiwanie, że to zjawisko jest mniej lub bardziej prawdopodobne. Przy astrologicznych wycenach mamy trzy „rzeczy”: „A” – planety, „B” – cechy urodzonego, oraz to co je łączy, czyli oczekiwanie, że A mniej lub bardziej sprzyja B. Ale jak pokazała fizyka kwantów, to oczekiwanie niekoniecznie jest subiektywne, bo może być miarą wbudowaną w świat. Przynajmniej w modelu antykopenhaskim. Stąd blisko już do modelu astrologii harmonicznej, gdzie „sprzyjanie” układa się w fale na sferze, matematycznie takie same, jak w funkcji falowej elektronów w atomie.
Wojciech Jóźwiak
2025-09-29
☚ Przejście Urana po urodzeniowym Księżycu. Teraz u Vlada P. | Cztery najdalsze planety ☛
Podaj swój adres email:
Na ten adres wyślemy potwierdzenie.
— —